Nareszcie udało mi się wygospodarować chwilkę, żeby podzielić się z wami pierwszymi dniami na innym kontynencie :D

Moja opowieść zaczyna się w małym pod Warszawskim miasteczku. To tam 16 Sierpnia Roku Pańskiego 2009 zapakowałem walizki do auta, żeby wyruszyć ponad nieznanymi wodami Atlantyku na jego drugi brzeg. Chociaż latanie nie było mi obce, to muszę przyznać, że obie części mojej podróży były zupełnie nowym przeżyciem. Najpierw z Warszawy do Dusseldorfu leciałem klaustrofobicznie małym Bombardierem CJ-700 z 80 osobami na pokładzie i brakiem miejsca dla mojej walizki, ale o tym później. Przesiadka odbyła się sprawnie (musiałem czekać ok 40 minut na boarding, wiec nie mam na co narzekać). Samolot do Toronto był całkowicie wyremontowanym Airbusem A340-300. Każdy fotel miał własny ekran, na którym można było oglądać filmy (12 do wyboru). Ja obejrzałem Szybko i Wściekle i już przymierzałem się do włączenia Star Treka, kiedy usłyszałem: „podano do stołu”- tj. „Mechten sie gern henchen oder pasta „:D  Jako zagorzały obrońca zwierząt nie mogłem pozwolić, żeby kurczak męczył się pod tą grubą folią aluminiową , wiec skróciłem mu męki.  Na zakończenie puściłem sobie Hanah Montana The movie – jedyny film po polsku i zjadłem przyniesioną kanapkę z szynką. Generalnie podróż była bardzo przyjemna, a szczególnie chwalę sobie pomysł wzięcia ręczniczka, kosmetyczki i koszuli na pokład, co prawda jak szedłem się odświeżyć ludzie patrzyli na mnie jakby chcieli powiedzieć :”Hiere gibt keine Dusche”, ale za to ja byłem czysty, oni nie. Więcej napiszę wkrótce.